Gdy tylko zajechaliśmy przed szary budynek
Højskole, wytoczył się ku nam Przyjaciel z oczami pełnymi łez.
- Jesteście – zawodził – jesteście wreszcie..
- Masz kołdrę? – zapytałam od razu rzeczowo. Po
całym dniu jazdy nie miałam ochoty na sceny.
- Czeka w hallu. Tak jak obiecałem – Przyjaciel
nastroszył się nieco, wypiął dumie pierś. – Wejdźcie.
- Nigdzie nie idziemy – Narzeczony zareagował jak
zawsze. – Bierzemy tylko kołdrę i jedziemy do domu.
- Nie, niemożliwe!! – zaprotestował Przyjaciel,
tupiąc przy tym nogą. – Musicie wejść. Nie zostawicie mnie samego w Święta!! –
Jego oczy szkliły się coraz bardziej. Zataczał się stojąc.
- Poznaj mojego Kuzyna – powiedziałam widząc, że
Kuzyn wreszcie gramoli się z samochodu.
- Cześć – powiedział Przyjaciel obrażonym głosem i
podał Kuzynowi omdlałą dłoń.
- Cześć – odpowiedział Kuzyn przyglądając się mu z
coraz większym zainteresowaniem. Z reguły postaci w opowieści są barwniejsze i
ciekawsze niż w rzeczywistości. Tym razem to pierwowzór przerastał legendę.
Przyjaciel stał przed nami poprawiając czarne,
spięte w kucyk włosy. Odkręcał głowę raz w prawo, raz w lewo. Miał na sobie
kraciastą, trochę zmechaconą flanelową koszulę i podciągnięte na pasku spodnie.
Jak najwyżej. Efekt nie mógł pozostać niezauważony. Nie ustawił jednak stopy na
stopie, jak to miał w zwyczaju. Westchnęłam. Niestety, nie był to rezultat
moich częstych napomnień. Po prostu stał szeroko na nogach, żeby się nie
przewrócić.
- Chodźcie na górę – zaczął znów zawodzić, a ja
wbiłam wzrok w ziemię. Wiedziałam co teraz będzie.
- Nie ma mowy – odpowiedział nieznoszącym sprzeciwu
głosem Narzeczony. – Bierzemy kołdrę i jedziemy do siebie.
- Nie – zawył Przyjaciel. – Nie możecie mnie
zostawić. Są Święta.
- Nie ma Organisty? – zapytałam.
- Nie, nie ma – odpowiedział unosząc dumnie głowę.
– Był, ale już dawno poszedł, ten niewdzięcznik. A ja mu zaplanowałem taki
pyszny obiad.
- Może ma już dosyć twoich obiadów – wtrącił
Narzeczony – i kolacji przy świecach. – Kuzyn i ja stłumiliśmy śmiech patrząc w
inne strony.
- A co było nie tak z kolacją przy świecach? –
Przyjaciel oburzył się i zachwiał jeszcze bardziej. – To była bardzo miła
kolacja dla uczczenia naszej rocznicy znajomości. Nie wiem o co mu chodziło.
Nawet nie przyszedł w koszuli i krawacie, tak jak go prosiłem. Przez to
musiałem się szybko przebrać, żeby się nie czuł nieswojo. Niewdzięcznik. A
wiecie że mu ukradli rower?
- Jaki rower – zaniepokoiłam się, - przecież on nie
ma roweru. Ukradli twój rower?
- No tak, ten co mu pożyczyłem.
- I co on na to?
- Nic. Powiedział, że ukradli i usiadł do
komputera. Teraz ma nową grę, dlatego jeszcze częściej do mnie przychodzi.
Niewdzięcznik z niego.
- Ty mu robisz obiad, pożyczasz rower, który kradną,
a on gra na twoim komputerze i ma cię gdzieś.
- Bo to jest niewdzięcznik, mówiłem.
- Ale dlaczego na to pozwalasz?
- Daj spokój – wtrącił się Narzeczony. – Kocha to
pozwala.
Spuściłam z siebie powietrze, a Kuzyn nadal śmiał się w przestrzeń.
Tego wieczoru nie poszliśmy do Przyjaciela. Stał
sam i płakał, kiedy odjeżdżaliśmy. Patrzyłam na niego długo przez tylną szybę.
- Musicie zostać – brzmiało mi w uszach. – Są Święta.
Musicie się ze mną napić w Święta. Mam dużo świątecznego piwa.
- Jest późno, jechaliśmy dwanaście godzin –
tłumaczyłam. – Musimy jeszcze rozładować cały samochód. Przyjdziemy jutro.
Przyniesiemy ci twoje zakupy. Teraz ciężko powiedzieć gdzie są.
Chciałam załagodzić sprawę. Wiedziałam, że się nie
uda. I teraz stał tam, w tylnej szybie, mój pijany, smutny Przyjaciel, którego
w Niedzielę Wielkanocną nikt nie chciał odwiedzić.
Następnego dnia przyszliśmy do niego dopiero o
pierwszej. Najpierw staliśmy przy drzwiach budynku i dzwoniliśmy, żeby zszedł
nas wpuścić. Nie odbierał. W końcu otworzył nam ktoś wchodzący czy wychodzący.
Patrzył za nami, jak wnosimy wielkie siaty z zakupami do windy. Na siódmym
piętrze przeszliśmy korytarzem wzdłuż drzwi do pustych pokoi, aż na sam koniec.
Stukaliśmy długo i naciskaliśmy klamkę. Kuzyn rozglądał się po ponurym wnętrzu
Højskole z miną świadczącą o mieszanych uczuciach, a Narzeczony z dezaprobatą.
W końcu zza drzwi wydobył się szmer, stukot i wreszcie czyjaś ręka przekręciła
klucz w zamku. W otwartych drzwiach stanął Przyjaciel. Ruszał się w zwolnionym
tempie i delikatnie bujał na wszystkie strony. Jeszcze spał i wdzięczył się do
własnego snu. Palcami przeczesywał rozczochrane włosy. Nabierał powietrza pełną
piersią.
- A, to wy – powiedział wreszcie rozmarzonym
głosem, w którym jednak dało się wyczuć szczyptę irytacji.
- To my – odpowiedziałam. – Co ty jeszcze śpisz?
Przynieśliśmy ci zakupy z Polski.
- Ah, zakupy, tak, dobrze, dobrze – nie był
bynajmniej zainteresowany. – Wnieście je tutaj.
Weszliśmy do pokoju. Na dwóch złączonych łóżkach,
na których zawsze sypia, kłębiła się pościel. A pod białą kołdrą, nie da się
ukryć, rysował się kształt zwiniętego w kulkę człowieka. Czy też mówiąc
bardziej szczegółowo – zwiniętego w kulkę Organisty.
Nasze trzy spojrzenia skrzyżowały się właśnie na
nim. Szczęka Kuzyna zawisła ciężko na zawiasach. Narzeczony westchnął bardzo
głęboko i bardzo znacząco, po czym odwrócił się tyłem do Organisty, przodem do
Przyjaciela i postawił mu zakupy pod nogami.
- Co? – zapytał Przyjaciel nie spoglądając nawet na
wysypujące się na podłogę torebki czekoladowego budyniu.
- Idziemy – zakomenderował Narzeczony.
Przyjaciel odblokował drogę do drzwi. Dziś nas nie
zatrzymywał. Dzisiaj żegnał nas z ulgą. Teraz znów był szczęśliwy.
Do Kopenhagi mieliśmy jechać we czwórkę.
- Czy Organista może jechać z nami? – zapytał
Przyjaciel.
- Nie – odrzekł Narzeczony. – Nie będę tego znosił
na wyjeździe.
- Już zarezerwowałam pokój w hostelu – próbowałam
się usprawiedliwić. – Poza tym wiesz, że zepsułby całą atmosferę. Nawet by się
do nas nie odezwał.
- Nie zgadniesz jaki zbieg okoliczności – uradowany
powiedział mi następnego dnia. Był cały w skowronkach, prawie podskakiwał. –
Organista jedzie do Kopenhagi wtedy co my. Pociągiem.
Uśmiechnęłam się.
- Podziwiam was. A po co on tam jedzie?
- Musi załatwić jakąś ważną sprawę – odpowiedział
Przyjaciel.
W Kopenhadze widywaliśmy go tylko wcześnie rano i
późno wieczorem. Cały czas spędzał z Organistą. Rano wychodził, kiedy jeszcze
jedliśmy śniadanie. Wiązał apaszkę na szyi i paradował przed nami gładząc
włosy, dopóki ktoś wreszcie nie powiedział, że wygląda ładnie. Wtedy znikał.
Zgodziliśmy się wziąć Organistę ze sobą w drogę
powrotną. Godzinę biegaliśmy po dworcu, gdzie mieliśmy się z nim spotkać.
Przyjaciel dzwonił i dzwonił, złościł się i płakał z żalu. W końcu wsiedliśmy
do samochodu i pojechaliśmy. Organista wrócił pociągiem.
Następnym razem widzieliśmy go w kościele. Dawał koncert. Przyjaciel był dumny. Po każdym utworze głośno bił brawo i patrzył na nas z wyższością. Słuchając zamykał oczy.
Najpierw były organy. Potem Organista zszedł i cały
czerwony na twarzy, stanął przy pianinie. Zaległa zupełna cisza. Mąciło ją
tylko jego chrząkanie i gmeranie w kieszeni. W końcu wydobył z niej kartkę. Nie
podniósł oczu na publiczność, skulił się nad wymiętoszonym kawałkiem papieru i
zaczął dukać. Nie wiem co – mówił po duńsku. Zaledwie kilka zdań. Potem
wepchnął kartkę do drugiej kieszeni i zasiadł za pianinem.
Kiedy uderzył w klawisze stał się kimś innym.
Grając nie jąkał się. Tylko grając był osobą, jaką chciałoby się znać.
Przyjaciel także uważnie go obserwował. Patrzył na
jego dłonie tańczące po bieli i czerni, na twarz, skupioną i wolną. Kołysał się
w ławce tak jak Organista nad pianinem.
Nie wiem czy widzieli się po koncercie. Mam
nadzieję, że tak.
________________________________________________________________________________________
________________________________________________________________________________________
Chętnie
zamieściłabym tu moje najlepsze opowiadanie "Dziadzio", ale nie wiem
czy mogę. Wraz z wyróżnieniem w konkursie literackim straciłam do niego
prawa autorskie (szit). Za to wrzuciłam "Historię miłosną".
Opowiadanie to zostało strasznie zjechane, ale ja je uwielbiam. Może
dlatego, że jest dla mnie pamiątką wyjątkowego czasu. Nie chcę mu dać
przeminąć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz