wtorek, 17 września 2013

Historia miłosna



Gdy tylko zajechaliśmy przed szary budynek Højskole, wytoczył się ku nam Przyjaciel z oczami pełnymi łez.
- Jesteście – zawodził – jesteście wreszcie..
- Masz kołdrę? – zapytałam od razu rzeczowo. Po całym dniu jazdy nie miałam ochoty na sceny.
- Czeka w hallu. Tak jak obiecałem – Przyjaciel nastroszył się nieco, wypiął dumie pierś. – Wejdźcie.
- Nigdzie nie idziemy – Narzeczony zareagował jak zawsze. – Bierzemy tylko kołdrę i jedziemy do domu.
- Nie, niemożliwe!! – zaprotestował Przyjaciel, tupiąc przy tym nogą. – Musicie wejść. Nie zostawicie mnie samego w Święta!! – Jego oczy szkliły się coraz bardziej. Zataczał się stojąc.
- Poznaj mojego Kuzyna – powiedziałam widząc, że Kuzyn wreszcie gramoli się z samochodu.
- Cześć – powiedział Przyjaciel obrażonym głosem i podał Kuzynowi omdlałą dłoń.
- Cześć – odpowiedział Kuzyn przyglądając się mu z coraz większym zainteresowaniem. Z reguły postaci w opowieści są barwniejsze i ciekawsze niż w rzeczywistości. Tym razem to pierwowzór przerastał legendę.
Przyjaciel stał przed nami poprawiając czarne, spięte w kucyk włosy. Odkręcał głowę raz w prawo, raz w lewo. Miał na sobie kraciastą, trochę zmechaconą flanelową koszulę i podciągnięte na pasku spodnie. Jak najwyżej. Efekt nie mógł pozostać niezauważony. Nie ustawił jednak stopy na stopie, jak to miał w zwyczaju. Westchnęłam. Niestety, nie był to rezultat moich częstych napomnień. Po prostu stał szeroko na nogach, żeby się nie przewrócić.
- Chodźcie na górę – zaczął znów zawodzić, a ja wbiłam wzrok w ziemię. Wiedziałam co teraz będzie. 
- Nie ma mowy – odpowiedział nieznoszącym sprzeciwu głosem Narzeczony. – Bierzemy kołdrę i jedziemy do siebie.
- Nie – zawył Przyjaciel. – Nie możecie mnie zostawić. Są Święta.
- Nie ma Organisty? – zapytałam.
- Nie, nie ma – odpowiedział unosząc dumnie głowę. – Był, ale już dawno poszedł, ten niewdzięcznik. A ja mu zaplanowałem taki pyszny obiad.
- Może ma już dosyć twoich obiadów – wtrącił Narzeczony – i kolacji przy świecach. – Kuzyn i ja stłumiliśmy śmiech patrząc w inne strony.
- A co było nie tak z kolacją przy świecach? – Przyjaciel oburzył się i zachwiał jeszcze bardziej. – To była bardzo miła kolacja dla uczczenia naszej rocznicy znajomości. Nie wiem o co mu chodziło. Nawet nie przyszedł w koszuli i krawacie, tak jak go prosiłem. Przez to musiałem się szybko przebrać, żeby się nie czuł nieswojo. Niewdzięcznik. A wiecie że mu ukradli rower?
- Jaki rower – zaniepokoiłam się, - przecież on nie ma roweru. Ukradli twój rower?
- No tak, ten co mu pożyczyłem.
- I co on na to?
- Nic. Powiedział, że ukradli i usiadł do komputera. Teraz ma nową grę, dlatego jeszcze częściej do mnie przychodzi. Niewdzięcznik z niego.
- Ty mu robisz obiad, pożyczasz rower, który kradną, a on gra na twoim komputerze i ma cię gdzieś.
- Bo to jest niewdzięcznik, mówiłem.
- Ale dlaczego na to pozwalasz?
- Daj spokój – wtrącił się Narzeczony. – Kocha to pozwala.
Spuściłam z siebie powietrze, a Kuzyn nadal śmiał się w przestrzeń.
               
Tego wieczoru nie poszliśmy do Przyjaciela. Stał sam i płakał, kiedy odjeżdżaliśmy. Patrzyłam na niego długo przez tylną szybę.
- Musicie zostać – brzmiało mi w uszach. – Są Święta. Musicie się ze mną napić w Święta. Mam dużo świątecznego piwa.
- Jest późno, jechaliśmy dwanaście godzin – tłumaczyłam. – Musimy jeszcze rozładować cały samochód. Przyjdziemy jutro. Przyniesiemy ci twoje zakupy. Teraz ciężko powiedzieć gdzie są.
Chciałam załagodzić sprawę. Wiedziałam, że się nie uda. I teraz stał tam, w tylnej szybie, mój pijany, smutny Przyjaciel, którego w Niedzielę Wielkanocną nikt nie chciał odwiedzić. 


Następnego dnia przyszliśmy do niego dopiero o pierwszej. Najpierw staliśmy przy drzwiach budynku i dzwoniliśmy, żeby zszedł nas wpuścić. Nie odbierał. W końcu otworzył nam ktoś wchodzący czy wychodzący. Patrzył za nami, jak wnosimy wielkie siaty z zakupami do windy. Na siódmym piętrze przeszliśmy korytarzem wzdłuż drzwi do pustych pokoi, aż na sam koniec. Stukaliśmy długo i naciskaliśmy klamkę. Kuzyn rozglądał się po ponurym wnętrzu Højskole z miną świadczącą o mieszanych uczuciach, a Narzeczony z dezaprobatą. W końcu zza drzwi wydobył się szmer, stukot i wreszcie czyjaś ręka przekręciła klucz w zamku. W otwartych drzwiach stanął Przyjaciel. Ruszał się w zwolnionym tempie i delikatnie bujał na wszystkie strony. Jeszcze spał i wdzięczył się do własnego snu. Palcami przeczesywał rozczochrane włosy. Nabierał powietrza pełną piersią.
- A, to wy – powiedział wreszcie rozmarzonym głosem, w którym jednak dało się wyczuć szczyptę irytacji.
- To my – odpowiedziałam. – Co ty jeszcze śpisz? Przynieśliśmy ci zakupy z Polski.
- Ah, zakupy, tak, dobrze, dobrze – nie był bynajmniej zainteresowany. – Wnieście je tutaj.
Weszliśmy do pokoju. Na dwóch złączonych łóżkach, na których zawsze sypia, kłębiła się pościel. A pod białą kołdrą, nie da się ukryć, rysował się kształt zwiniętego w kulkę człowieka. Czy też mówiąc bardziej szczegółowo – zwiniętego w kulkę Organisty.
Nasze trzy spojrzenia skrzyżowały się właśnie na nim. Szczęka Kuzyna zawisła ciężko na zawiasach. Narzeczony westchnął bardzo głęboko i bardzo znacząco, po czym odwrócił się tyłem do Organisty, przodem do Przyjaciela i postawił mu zakupy pod nogami.
- Co? – zapytał Przyjaciel nie spoglądając nawet na wysypujące się na podłogę torebki czekoladowego budyniu.
- Idziemy – zakomenderował Narzeczony.
Przyjaciel odblokował drogę do drzwi. Dziś nas nie zatrzymywał. Dzisiaj żegnał nas z ulgą. Teraz znów był szczęśliwy. 


Do Kopenhagi mieliśmy jechać we czwórkę.
- Czy Organista może jechać z nami? – zapytał Przyjaciel.
- Nie – odrzekł Narzeczony. – Nie będę tego znosił na wyjeździe.
- Już zarezerwowałam pokój w hostelu – próbowałam się usprawiedliwić. – Poza tym wiesz, że zepsułby całą atmosferę. Nawet by się do nas nie odezwał.

- Nie zgadniesz jaki zbieg okoliczności – uradowany powiedział mi następnego dnia. Był cały w skowronkach, prawie podskakiwał. – Organista jedzie do Kopenhagi wtedy co my. Pociągiem.
Uśmiechnęłam się.
- Podziwiam was. A po co on tam jedzie?
- Musi załatwić jakąś ważną sprawę – odpowiedział Przyjaciel.

W Kopenhadze widywaliśmy go tylko wcześnie rano i późno wieczorem. Cały czas spędzał z  Organistą. Rano wychodził, kiedy jeszcze jedliśmy śniadanie. Wiązał apaszkę na szyi i paradował przed nami gładząc włosy, dopóki ktoś wreszcie nie powiedział, że wygląda ładnie. Wtedy znikał.
Zgodziliśmy się wziąć Organistę ze sobą w drogę powrotną. Godzinę biegaliśmy po dworcu, gdzie mieliśmy się z nim spotkać. Przyjaciel dzwonił i dzwonił, złościł się i płakał z żalu. W końcu wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy. Organista wrócił pociągiem. 


Następnym razem widzieliśmy go w kościele. Dawał koncert. Przyjaciel był dumny. Po każdym utworze głośno bił brawo i patrzył na nas z wyższością. Słuchając zamykał oczy.

Najpierw były organy. Potem Organista zszedł i cały czerwony na twarzy, stanął przy pianinie. Zaległa zupełna cisza. Mąciło ją tylko jego chrząkanie i gmeranie w kieszeni. W końcu wydobył z niej kartkę. Nie podniósł oczu na publiczność, skulił się nad wymiętoszonym kawałkiem papieru i zaczął dukać. Nie wiem co – mówił po duńsku. Zaledwie kilka zdań. Potem wepchnął kartkę do drugiej kieszeni i zasiadł za pianinem.
Kiedy uderzył w klawisze stał się kimś innym. Grając nie jąkał się. Tylko grając był osobą, jaką chciałoby się znać.  
Przyjaciel także uważnie go obserwował. Patrzył na jego dłonie tańczące po bieli i czerni, na twarz, skupioną i wolną. Kołysał się w ławce tak jak Organista nad pianinem.
Nie wiem czy widzieli się po koncercie. Mam nadzieję, że tak. 

 ________________________________________________________________________________________
Chętnie zamieściłabym tu moje najlepsze opowiadanie "Dziadzio", ale nie wiem czy mogę. Wraz z wyróżnieniem w konkursie literackim straciłam do niego prawa autorskie (szit). Za to wrzuciłam "Historię miłosną". Opowiadanie to zostało strasznie zjechane, ale ja je uwielbiam. Może dlatego, że jest dla mnie pamiątką wyjątkowego czasu. Nie chcę mu dać przeminąć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz